Henrietta Pitters
Ok... ryzykujemy fem dom. HP na specjalne zyczenie
Za przekrety w nazwach wlasnych przepraszam



W pokoju bylo zimno. Cala szkola wydawala sie jeszcze bardziej mroczna i tajemnicza bez uczniow szwedajacych sie bez celu po korytarzach. Ogrzewanie budynku ograniczono do minimum.
Wiedzial, iz w sasiedniej sypilani znajduje sie jeszcze jeden chlopak - wielbiciel wszystkiego, co zwykle. Mugolskie. Zaczytany w prasie codziennej, ktora regularnie dostarczali mu za pomoca sow jego rodzice. Aby kompletnie nie zdziczal.
Harry mial dosyc wygrzewania sie pod ciepla pierzyna. Caly wczorajszy dzien zaczytany byl w ksiazkach i czasopismach, ale zaczynalo go to pomalu nudzic. Nie usmiechalo mu sie spedzic kolejnego dnia przewracajac stare stronice. Ale coz bylo robic. Jego jedyni przyjaciele, Ron i Hermiona, wyjechali dwa dni temu na swieta do swoich rodzin. Oczywiscie Harry mogl pojechac do wujostwa, ale Boze Narodzenie w komorce pod schodami nie bylo szczytem jego marzen.
Powoli zwlokl sie z lozka, zalozyl podkoszulek, kalesony, koszule, spodnie i cieply sweter. Na zimne stopy nasunal welniane onuce oraz buty.
Jako iz w salonie dormitorium nie zastal nikogo, z kim moglby zamienic chocby dwa zdania, postanowil wybrac sie na przechadzke po okolicy. Moze wstapi do Hagrida? Olbrzym nie wyjezdzal na swieta. Moze byl rownie samotny jak Harry?
Na korytarzyu bylo jeszcze zimniej niz w dormitorium Gryffidoru. Nastomiast na zewnatrz bylo tak bialo, iz Harry zrezygnowal ze spaceru do chatki gajowego - sniezna zadymka skutecznie do tego zniechecala.
Zamiast tego prostanowil przespacerowac sie po zamku. Moze najdzie milego towarzysza do rozmowy?
W czesci medycznej znudzona pielegniarka czytala gazete, w bibliotece bylo tak zimno, iz zaden uczen nie wysiedzialby tu ani pieciu minut. Jesli ktokolwiek z tej garstki pojawial sie w tym miejscu, szybko bral lekture i czmychal do cieplego lozka. Tak jak i on w dniu wczorajszym.
Harry spacerowal bez celu po Hogwacie. Teraz, gdy wszechobecny Filch siedzial ze swoja kotka przy kominku, mogl spokojnie rozejrzec sie w miejscach, gdzie na codzien przebywanie uczniow bylo zakazane. Najpierw napawal sie cisza i samotnoscia podziwiajac wymyslne rzezby zdobiace korytarze oraz bardziej dokladnie przygladajac sie obrazom, na ktorych wiekszosc lokatorow przebywala na imprezie z okazji rocznicy zgonu Prawie Bezglowego Nicka.
W pewnym momecie Harry zdal sobie sprawe, iz oprocz odglosu jego wlasnych krokow, slyszy rowniez inne dzwieki. Pisk myszy, skrzypienie okiennic i zawodzenie wiatru. Jeczal wysoko we wiezach szkolnego budynku..... ale czy to byl na pewno wiatr? Harry przystanal i wytezyl sluch. Z czesci nalezacej do nauczycieli dobiegaly dzwieki zawodzenia, wrecz jeczenia. Harry zastanawial sie, co sie tam dzieje. Kto tam jest? Kto potrzebuje pomocy. Czyzmy Ten, Ktorego Imienia Nie Wolno Wymawiac jakims cudem znow powrocil do zycia i dostal sie a teren szkoly? W takim razie wszyscy sa w niebezpieczenstwie! Harry cichutko skradal sie ku zrodle tych odglosow. Coz za makabryczne dzwieki? Czyzby to profersor MacGonagal? Jest torturowana?
<,tu moj drogi czytelnik z pewnoscia zdal sobie juz sprawe, iz to wcale nie wiatr ani mordowanie szacownej pani profesor. Ale Harry- biedny, acz szlachetny prawiczek, ktory kobiecego jeku nie odroznia jeszcze od ryku jelenia w riu tegi nie wiedzial>,
Harry przystanal przy drzwiach pokoju profesor MacGonagal i lekko je uchylil. To co ujzal wprawilo niedoswiadczonego mlodzika wstan oslupienia.
W komnacie pani profesor, naprzeciw drzwi, pod zwyklym baldachimem znajdowalo sie zwykle lozko przykrye zwykla, czarna narzuta. Na tym zwyklym lozku lezala profesor MacGonagal. Ubrana byla w lateksowy pol-stanik, odslaniajacy male, sterczace sutki. Na nogach ubrane miala wysokie za kolano kozaki, a na pupie rowniez lateksowe figi z dziurka w srodku. I wlasnie przez ta dziurke pani profesor wpychala w zarosnieta cipe wielkiego, czarnego fallusa.
Harry wypuscil dlugo wstrzymywane powietrze. Uszlo z sykiem. Niecko zbyt glosnym.
-Kto tu jest? - profesor MacGonagal momentalnie przerwala pieszczoty, wypatrujac intruza. - Alohomora vertucio! - wykrzyknela i drzwi, ktore do tej poryStanowily jedyna ochrone Harrego przed zdemaskowaniem, ukazaly biednego chlopca calej okazalosci. Stal tam niczym sparalizowany, z wypiekami na twarzy i znaczaca wypukloscia w spodniach.
- Harry Potter - powiedziala kobieta lustrujac chlopca od stop do charakterystycznej blizny na czole. - podejdz tu chlopcze.
-Pani profesor, ja... ja przepraszam. Juz mnie tu nie ma - nieporadnie mamrotal Harry coraz bardziej zszokowany tym, co wlasnie ujrzal. I zdajacy sobie sprawe z tego, ze przylapadnie go na podgladaniu nauczycielki nie zakonczy sie dobrze
-Potter! Natrchmiast do mnie! - krzyknela. Harry lekko wzdrygnal sie i na drzacych nogach podszedl do profesorki.

Cdn


  PRZEJD NA FORUM