| troche marudzenia |
| Obecna, choć myślami jeszcze w lesie Na pewno Lecter pisze o kawałku mojej bajki. Czyli o relacji symetrycznej - jeden Dominujący, jedna Uległa. Ale zupełnie niepotrzebnie czepia się sloganów. Wiem, lekko mówi się, że każdy ma swój klimat. Ale jest w tym sporo prawdy. Każdy ma inne potrzeby i oczekiwania i sukcesem jest znalezianie osoby z kontrpotrzebami. I nie mówię tu tylko o sferze intymnej. Bo poza sypialnią jeszcze rozmawia się, chodzi się do kina (dobrze by było obojgu czuć się dobrze na fimie), czyta się książki, jeździ na rowerze, pływa żaglówką, chodzi w góry, i co tam ktoś jeszcze wymyśli Dla mnie idealna relacja to wystąpienie z kontrpotrzebami w stronę partnera. I niezamykanie się tylko w sferze seksualności. Bo żeby zaufać muszę poznać Człowieka a nie dominację. A bez zaufania nie potrafię oddać się drugej osobie. (już słyszę teksty, które często ostatnio słyszałam - o dotyku nieznanych rąk, który ma być tym, co kręci najbardziej. Otóż jednych kręci, innych nie. Mnie nie). Bez tego zostanie teatr, udawanie, że wypełniam kolejne polecenie. Jest grupa ludzi, których właśnie ten teatr kręci i też mają do tego prawo. Mnie nie. To znaczy element zabawy, swoistego teatru i tak się będzie przewijał, ale nie jest clou relacji. Zaufanie, więź, szczerość, troska, uwrażliwienie się na potrzeby drugiego człowieka - takie są moje potrzeby, moja wizja oddania się drugiej osobie. Ale dlaczego moja wizja ma być dobra dla wszystkich? Dlaczego ja mam mówić Kowaskiej jak wysoko ma podnosić nogi dla Nowaka? Są wsród nas poliamoryści, którym trudno byłoby osiągnąć satysfakcję z relacji 1:1. Są osoby, które potrzeby uczuciowe realizją poza BDSM, a od klimatu chcą tylko ożywczego powiewu. Czy oni wszyscy nie osiągają pawdziwej satysfakcji? Osiągją. Czy mam prawo odmówić im ich drogi do osiągnięcia celu? Bo moja jest mojsza? Szczerze powiedziawszy nie mam ochoty na zaglądanie innym do relacji. Zakładam, że wszystko dzieje się między drosłymi osobami i za przyzwoleniem wszystkich stron. Sama nie wyobrażam sobie relacji bez czegoś szczególnego między partnerami, bez chemii. No ale to coś nie rodzi się od razu. Potrzeba czasu. I to nie tylko spędzonego na praktykach okołoseksualnych, ale też pomiędzy. Zainteesowania problemami drugiej osoby, powierzania radości... Dokładnie jak w "normalnych" związkach. Nic nie urodzi sie bez pracy tylko dlatego, że jesteśmy w klimacie. Tyle, że dzięki temu, że balansujemy na granicy (często ją przekraczając pod opieką partnera), słuchamy ciała swojego i partnera, docieramy do różnych zakamarków swojej psychiki, których nie odwiedzilibyśmy bez tego balansowania, tworzy się coś o wiele głębszego od relacji pozbawionej tych elementów. Czy to zawsze musi być miłość? Nie wiem. Wazniejsza od zakochania jest na pewno przyjaźń. Nie chcę generalizować - piszę o własnych doświadczeniach, moich odczuciach. A obecnie czuję się jak Alicja w krainie czarów. Wpadłam do głębokiej studni, otworzył się przede mną nowy, nieznany świat. Zwiedzam go, nieustannie się dziwię i ciągle odkrywam coś nowego w pogoni za Białym Królikiem. Tyle, że w odróżnieniu od Aicji mam przewodnika po tym świecie, który prowadzi mnie za rękę. Pisanie zajęło mi trochę czasu, zdążyłam zasnąć w trakcie. Pewnie gdybym była Dominą patrzyłabym na swiat BDSM inaczej. Pisze z pozycji uległej, albo jeszcze lepiej, jak któraś z dziewczyn napisała przedstawiajac sie - ulegającej. Bo nie jestem uległą dla każdego. Mam paskudny charakter i potrafię go pokazać w codziennym życiu, w którym muszę walczyć o wiele rzeczy. Być cerberem i głównodowodzącą. I może dlatego uległość ma dla mnie taki słodki smak. |