Sztuka rozstania
Generalnie masz absolutnie rację. I tak uogólniając to powiedzenie, że należy rozmawiać, bo jest zaufanie, bo dużo razem przeżyliśmy, bo emocje, itd. to fantastycznie brzmiąca prawda. Ale...
No właśnie podchodząc analitycznie, to sensu stricte prawda taka obiektywna nie istnieje. To co uznaje za prawdę X niekoniecznie musi być tak widziane przez Y.
I prosty banalny przykład - X uważa, że było świetnie, a Y, że X dawała tak w d., że miał już trochę dość. Każde z nich jest przekonane, że to co widzi jest jedynym prawdziwym opisem. I im bardziej każde z nich będzie się szczerze upierać przy swoim, tym bardziej druga strona będzie się irytować i zamykać. To nie kwestia respektowania bądź nie prawa do prawdy, to kwestia tego, że widzenie świata jest indywidualne w oparciu o własne doświadczenia, wiedzę, przemyślenia i emocje?
Krótko mówiąc, machanie sztandarem prawdy, to machanie czymś co każdy widzi inaczej.
To po pierwsze, a po drugie - jeśli istnieje zaufanie o którym piszesz, jeśli istnieją dobre relacje, a więc argument Twój, że to powinno motywować do rozmów w trakcie rozstania, to chyba przecież nie ma powodów, aby się rozstawać, prawda?
Jeśli ludzie się rozstają to dlatego, że ich wizje, widzenie siebie, nastawienia, itd. po prostu się rozjechały, a wtedy i to zaufania i ta dobra relacja pada. Czyli brak wymienionego podłoża do takich rozmów.
No i na koniec tej nudnej wypowiedzi.
Zupełnie nie rzecz w tym, aby ograniczać się tylko do łatwych rozmów. To całkowicie nie o to chodzi.
Rzecz w tym, że NIEKTÓRE "trudne" rozmowy mają sens raczej umiarkowany, a i to jest eufemizm.
Żeby tak zupełnie uprościć mój tok myślenia, jeśli dziewczyna ma dość relacji ze mną, bo np. piję litry wódki (to teoria, nie piję wcale jęzor ), to wyjaśniająca, poważna rozmowa naprawdę nic nie da poza tym, że mnie będzie złościć wywlekanie mojego uzależnienia, jego punktowanie i z cała pewnością rozmowa pomyslana jako spokojne przedstawienie racji skończy się wzajemnymi zarzutami, bo ja w pewnym momencie nie wytrzymam (znowu teoria, nigdy nie złoszczę się na rozmówcę, to dla wyjaśnienia), padnie jedno słowo za dużo, potem odpowiedź i dalej już pójdzie. Po rozmowie poziom wzajemnych żalów i złych emocji będzie dużo wyższy niż przed.

A tak naprawdę na koniec jedno spokojne podejście - wyobraźmy sobie błękitna, że jesteśmy razem. W trakcie relacji Tobie nie podoba się jakieś moje zachowanie, ale zależy Ci na mnie i chcesz o tym porozmawiać. Wtedy zgoda, spokojna i rzeczowa rozmowa może spowodować, iż ja zdam sobie sprawę z tego, czego przedtem nie widziałem u siebie i po prostu postaram się to zmienić.
Ale, kiedy relacja się skończy, czyli np. dziewczyna podejmuje decyzję, że koniec, to z założenia rozmowa nie przyniesie niczego, bo taka decyzja u kobiety to przejscie Rubikonu bez możliwości cofania, więc rozmowa "na dowidzenia" jest absurdem. Bo jeśli wtedy usłyszę, że odchodzisz bo ja cośtam nie tak, to złe emocje tylko czekają na dalszy ciąg, jeśli rozmowa będzie na temat jak było super, to po co się rozstawać.
Krótko mówiąc, jeśli już jest rozstanie, a każdy z nas to brał nie raz, to jedynym rozsądnym działaniem jest grzeczne powiedzenie sobie dziękuję i pa, może być buziaczek i koniec.
A czas i tak wyleczy rany, tym bardziej, iż jutro, może pojutrze albo za miesiąc spotkamy kogoś na kogo spojrzymy z błyskiem w oku zatrzymując oddech.




  PRZEJDŹ NA FORUM